Jestem w związku z Krakowem od bitych siedmiu lat. Do tej pory byłam mu dozgonnie wierna. A raczej wierna powszechnym zachwytom nad nim. A jednak teraz muszę z trudem przyznać, że dopuściłam się paskudnej zdrady, gdyż moje uczucia zaczęły płynąć w innym kierunku. Dochodząc do sedna, chodzi o Wrocław. Mimo, że we Wrocławiu bywałam wielokrotnie, to do tej pory nigdy nie dopuszczałam do siebie tak obrazoburczej myśli… Tak, muszę to napisać. Uważam, że Wrocław rozkłada Kraków na łopatki. To moje oficjalne stanowisko. Tak, drodzy Krakowianie…
Zanim zostanę zlinczowana muszę przyznać, że Wrocław jest nie tylko piękny i klimatyczny (i to klimatyczny bez charakterystycznego dla Krakowa zadęcia), ale jest także, co ważne, najbardziej europejskim miastem z polskich miast. I to się czuje idąc ulicami, kiedy mijają Cię dziesiątki młodszych i starszych ludzi na rowerach, w sklepach, gdzie sprzedawczynie są miłe i profesjonalne, nie zaś obrażone jak to się nad wyraz często w Mieście Królów zdarza… W kawiarniach, gdzie kawa nie musi kosztować majątku, by być aromatyczną i podaną w miłych okolicznościach. Z zabudowy Wrocław przypomina Wiedeń. No może uboższy i skromniejszy, ale jednak Wiedeń.
Jeżeli możliwy jest kompromis pomiędzy nastrojowym Krakowem a nowoczesną i europejską Warszawą, ale bez małomiasteczkowego zadęcia pierwszego i bez buraczanych nawyków drugiego – to znalazłam go właśnie we Wrocławiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz